your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Szklanka w połowie pusta

Ridley Scott wydaje się mieć sprawdzoną recepturę na to, jak robić prawidłowe sci-fi. Większość jego obrazów można podzielić na dwa, klarowne, różniące się od siebie akty. Tym, co łączy Prometeusza z najnowszą odsłoną Obcego, jest zdecydowany spadek jakości w drugiej połowie seansu. O ile jeszcze w tym pierwszym jakoś to działało, ponieważ bazowało głównie na tajemnicy i niedopowiedzeniach, to już w Przymierzu jest po prostu mało ekscytująco. A zapowiadało się tak dobrze.

Nie ma chyba ciekawszego motywu od zwiedzania nieznanej dotąd nowej planety. Kreatywny potencjał, jaki drzemie w tworzeniu nowego świata to niemalże idealny materiał, którego nie da się zepsuć. Dodać do tego jedyne, sensowne stanowisko, czyli widza utożsamiającego się z podróżnikami, którzy tak jak my, widzą wszystko po raz pierwszy. Emocje jednak opadają, kiedy lądujemy na planecie z początkowych scen retrospekcji Łotra 1 i dochodzimy do wniosku, że nie ma na niej nic ciekawego. I przypominam, że jesteśmy i tak w tej intrygującej części seansu, na nudę dopiero przyjdzie czas.

Często mam problem z bohaterami, a bo to są słabo napisani, a to źle poprowadzeni, rzadko jednak są momenty, kiedy przyczepiam się do samej obsady. Pomijając oscarowy czas na ekranie Franco, rewelacyjną grę Fassbendera czy bardzo ripleyowatej Katherine Waterston to cała reszta zostaje raczej w tyle. Danny McBride to gość, który w mojej głowie jest tak głęboko zakorzeniony w komedii, że jest po prostu chodzącą konwencją. Pomijając to, że zagrał zaskakująco dobrze, ilekroć go widzę, nawet w stresujących momentach, nie potrafię potraktować tego poważnie i zawsze doszukuję się żartu. Oczywiście, jeśli ma aspiracje na odszufladkowanie się, jak najbardziej winszuję mu pomyślnej kariery, nic jednak na to nie poradzę, że wywołuje u mnie ukierunkowane emocje, które nie pasują do tego, co dzieje się na ekranie. Całej reszty właściwie nie kupuję, nie interesują mnie te postacie i moim zdaniem są źle obsadzone. Jest to jednak stricte subiektywny pogląd, aniżeli rażąca wada produkcji. Błędem już z kolei jest niepoprawne budowanie ich. O ile samo nadanie motywacji i nakreślenie postaci Katherine przez stratę męża jest ok, ale poświęcenie na to tyle czasu na ekranie, głównie w pierwszej części jest już chybionym pomysłem. Zakładam, że celowali w coś w stylu „jak przypomnimy o tym tyle razy, to widzom też zacznie zależeć”, ale nie oszukujmy się, dzieje się to w pierwszych 10 minutach więc jest to zdecydowanie za wcześnie, aby ktokolwiek się tym przejął.

Powodem, dla którego tak rozlegle opisuję problem postaci, polega głównie na tym, że na nich się wszystko opiera. Alien to slasher, cholernie dobry, ale nie oszukujmy się, że kiedyś był czymś więcej. Podstawą dobrego slashera są dwie kwestie, zbudowanie okoliczności i nastroju oraz bohaterowie, których utrata jakoś widza poruszy. O ile jestem w stanie przyznać punkty za to pierwsze, to już niestety w kwestii bohaterów jest trochę gorzej. I właściwie wolałbym, żeby byli jakimiś dziwnymi archetypami czy innymi Ronami Perlmanami.

Wszystko powyżej to oczywiście drobnostki, na które większość z was raczej (albo nawet na pewno, biorąc pod uwagę mnogość pozytywnych recenzji) nie zwróci uwagi. Gwoździem do trumny i odarciem całej serii z tajemniczości był sam środek filmu, który stanowi ekspozycyjne przejście do finalnego aktu. Zapomnijcie o wizualnym story-tellingu, to są po prostu wszystkie dialogi z ekspozycją upchane w jednej długiej sekwencji. Na każde pytanie i najbardziej intrygującą tajemnicę znajdziemy tam odpowiedzi. W tym momencie film traci swoja najmocniejszą kartę zarówno jak i zainteresowanie widza. To trochę tak jakby Morgan Freeman powiedział Bradowi Pittowi co jest w pudełku w środku ostatniej sceny.

Po tym, jak Michael Fassbender był na tyle miły, że opowiedział nam cały film, dochodzimy do jego drugiej części, która jest już klasycznym slasherem. I w zasadzie tyle, nawet gdybym chciał dopisać coś więcej, nie mógłbym, ponieważ moje zainteresowanie zostało w jaskini Fassbendera. Nawet ta część slasherowa nie jest w żaden sposób wybitna. Przywołując uczucie zagrożenia z pierwszej części, radary wykrywające obcego w wentylacji i masa innych rzeczy, które składały się na świetne widowisko - są tutaj nieobecne. Zamiast tego mamy durne sceny jak menage a trois pod prysznicem z obcym, która po pierwsze – jest głupia, a po drugie – widzieliśmy ją już na zwiastunie i tam powinna zostać.

Naprawdę chciałem polubić ten film. Jest gatunkowo dobrze zrealizowanym sci-fi, z klimatyczną, smętną kolorystyką i obcy wyglądają po prostu rewelacyjnie. Co z tego, skoro ten film pogrzebał największą zaletę całej serii – tajemniczość xenomorphów. Dał nam za to wybitny plot twist pod sam koniec, którego spodziewał się chyba każdy. Ponadto, jeśli liczyliście, że dowiecie się czegokolwiek o Inżynierach w tym filmie, to możecie o tym zapomnieć.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook