your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Fast & Furious: Civil War

Kluczowym elementem odróżniającym głupkowatość recenzowanego tytułu od innych tego typu tępych akcyjniaków jest to, że Diesel i jego ekipa nawet się ze swoją durnotą nie kryją. I o to chodzi. Przed seansem miałem szczerą nadzieję, że poziom absurdu rozbije licznik i przekroczy granice rozsądku. Nie byłem zawiedziony. Twórcy wiedzą, czego chcemy i nam to zwyczajnie dają, świadomie dźwigając poprzeczkę z każdą kolejną częścią. Przez te 134 minuty seansu jedynie momentami będziemy musieli przeżyć jakiś techniczny bełkot, naprostowanie fabularne czy podkreślenie motywacji bohaterów. I nawet one potrafią być przyjemne, wspinając się na wyżyny sztampy ze swoimi analogiami do zwierząt, czy wzniosłymi przemowami, nie sposób odmówić im aspektu humorystycznego. Niezależnie od tego, czy był zamierzony, czy nie.

Od aktorów aż bije pozytywna energia, świadcząca o tym, jak dobrze musieli się bawić na planie. O wiele lepiej śledzi się przygody bohaterów, których lubimy. Ich dobre samopoczucie podczas kręcenia zaraźliwie odbija się na dobrym samopoczuciu widzów. Chyba oczywiście, że mamy do czynienia z Adasiem Sandlerem, rzucający nam w twarz jak dobrze się bawi na wakacjach za pieniądze z poprzednich filmów. Cieszy też fakt, że na pierwszy plan wysunięte zostały postacie Stathama i The Rocka, trochę w ramach wypełnieniu pustki po Walkerze. Wszystkie docinki między nimi i resztą załogi w pewien sposób budują dynamikę i ten cały obraz rodziny, powtarzany do nieskończoności. Scena, kiedy D. Johnson wbija Stathamowi do tego stopnia, że obaj zaczynają się śmiać, jest po prostu bezcenna.

Fani kina akcji zapewne już zauważyli powtarzający się w tych filmach wzorzec strukturalny, składający się przeważnie z dwóch głównych segmentów – głównego i końcowego. Nie licząc tych pomniejszych między nimi, które w większości składają się na materiał do zwiastunów albo tak po prostu wyszło w montażowni, że będą krótsze. Nie inaczej jest w przypadku szybkiej ósemki, z tym że na uwagę zasługuje to, jak długie są poszczególne sekwencje akcji. Każda z nich ponadto ma swoje tam jakby podetapy, które sprawiają, że widz nie ogląda przez dłuższy czas tego samego, tylko twórcom udaje się zaskoczyć go raz po raz czymś nowym. Pod względem samego rozplanowania wypada to rewelacyjnie. Aby bardziej zobrazować jak to działa, weźmy na przykład serię Transformers, w której ten aspekt jest wykonany fatalnie. Poszczególne segmenty może i są długie i robią wrażenie pod względem rozmachu, ale są chaotyczne, mało pamiętne i generalnie wtórne, nawet względem swojej własnej franczyzy.

Ciężko na dobrą sprawę cokolwiek dodać, każdy tę serię zna i wie, czego można się po niej spodziewać. Najsłabszym punktem ósmej odsłony jest o dziwo muzyka. I nawet nie sam fakt, że jest słabej jakości, tylko że jest jej po prostu mało. Przesłuchując przed seansem obszerny soundtrack, spodziewałem się wszystkich tych tłustych bitów przy byle okazji. Stąd też nie wiem, gdzie to wszystko upchali, ale w samym filmie można wyłapać góra 2-3 kawałki, reszta jest tą generyczną, komponowaną muzyką tła, na którą nikt nie zwraca uwagi. Nie mam też pojęcia, co w tym filmie robi Scott Eastwood, który został dosłownie zgnieciony przez charyzmę kolegów na planie. Momentami można odnieść wrażenie, że wszystkie żarty kierowane w jego stronę tak naprawdę były między zdjęciami przy nieświadomie włączonej kamerze i ostatecznie stwierdzili, że dodadzą je do filmu.

Przyszłość serii według mnie stoi pod znakiem zapytania, ponieważ zastanawia mnie, jak można przebić to, co zaprezentowali w ostatniej odsłonie. Niby potencjał jest spory, ale stąpają po cienkim lodzie i łatwo przegiąć w obie strony. Faktycznie zostaje im już chyba tylko kosmos, sci-fi i cofanie się w czasie. I po cichu modlę się, aby poszli w tym kierunku.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook